Historia przebudowy
2013
Przyszła pora na bardzo czasochłonne prace wykończeniowe. Wiele z nich robiliśmy sami.
Długo czekaliśmy na montaż wewnętrznych schodów, nieustanne wspinanie się po drabinach było niezwykle uciążliwe, ale i one w końcu się pojawiły


Schody zostały zaprojektowane także przez Piotra Majewskiego. Dobrze rozliczone stopnie sprawiają, że są w użytkowaniu bardzo wygodne – nawet dla dzieci!
Barierki powtórzyły rozwiązanie na tarasie – a tam najważniejsze było, żeby nie ograniczały pola widzenia
We wszystkich pokojach położyliśmy modrzewiowe, olejowane później deski podłogowe. A kiedy pojawiły się podłogi, można było się zabrać za malowanie ścian.


Z „drobną” pomocą olsztyńskich przyjaciół (kłaniamy się nisko Henrykowi z rodziną) wymalowaliśmy dwukrotnie wszystkie pomieszczenia. Łącznie z arcytrudną klatką schodową i pokojem nad kołem. Nie obyło się bez stawiania specjalnych rusztowań, żeby dotrzeć do najdalszych zakątków

Drzwi wewnętrzne powstały według projektu młynarza. Liczba prawie hurtowa – 17 sztuk. Tu nieoceniony był zaprzyjaźniony z nami stolarz z Klebarka Wielkiego pan Jerzy Osowski, który służył nam ogromna pomocą wszędzie tam, gdzie prace wiązały się z wykorzystaniem drewna

13 kwietnia 2013 rok. Tego dnia pożegnaliśmy ostatecznie przyczepę. Już nie będzie potrzebna


Wprawdzie warunki do życia w młynie dalekie są od luksusu, ale już da się mieszkać. A nawet pracować.! Pokój nad kołem stał się naszym mieszkankiem. A widoki – bajeczne o każdej porze roku! Tu telewizor absolutnie niepotrzebny
Przyszło lato i przyszła pora na robienie tarasu nad rzeką. Wykorzystaliśmy długie, ryflowane (żeby woda miała możliwość spływania) deski modrzewiowe. Chodziło o nawiązanie do modrzewiowej również elewacji młyna.





Montaż tarasu i jego późniejsze olejowanie robiliśmy wspólnie ze stolarzem, panem Jerzym, wykorzystując także całą naszą rodzinę 🙂
Dzięki temu „wakacjowaliśmy się” tego roku już na tarasie, choć jeszcze bez barierek (sami ich nie mogliśmy zamontować).
Było mało bezpiecznie, ale za to widoki mieliśmy niczym nieograniczone. Barierki pojawiły się dopiero rok później…
Sufit w pokoju dziennym i kuchni zrobiliśmy, wykorzystując stare deski z elewacji. Trzeba je było najpierw wyszczotkować (nie heblować!), żeby wydobyć ich szlachetny rysunek. No i przycinać każdą na miarę. Iście koronkowa robota! Ale warto było.


Przed deskowaniem sufitu przybiliśmy folię, a potem każda deska była „szyta na miarę”, bo stare belki nie trzymały jednakowych wymiarów
Przyszła pora na zrobienie kuchni. Meble zostały zrobione na zamówienie według projektu Piotra Majewskiego. Natomiast przygotowaniem pomieszczenia zajęliśmy się sami.

Na ściany poszły białe kafelki, a na podłogę – gres. Okazało się, że takie układanie kafelków może być wypoczynkiem dla kogoś, kto na co dzień siedzi przed komputerem 🙂 Tu sprawdzał się nasz przyjaciel Adam.
W kuchni musi być dużo gniazdek, ale w ogóle, jak policzyliśmy, to mamy ich mnóstwo w całym młynie – ponad 80 gniazdek i około 30 kontaktów. A nie wszystkie są jeszcze zamontowane!


Kuchnia w pełnej okazałości. Taka – z meblami, ze światłem, ze sprzętami wszelakimi była gotowa dopiero w lutym 2014 roku 🙂
Podłoga w pokoju dziennym to także nasza robota. Zerwaliśmy wszystkie stare deski i kładliśmy je od początku. Niektóre trzeba było wymieniać. Można powiedzieć, że nowa/stara podłoga powstała z młyńskich podłóg z trzech pięter.
Tę oczywiście też zaolejowaliśmy.


Trochę kłopotu mieliśmy ze zrobieniem podłogi pod przyszły gres. Obok kominka wystaje nam kawałek koła napędu. W tym miejscu musieliśmy zrobić specjalnie wybrzuszoną podłogę

Długo korzystaliśmy z tzw. prądu budowlanego. dostarczanego nieskończoną liczbą przedłużaczy.
W końcu przyszła pora na ostateczne rozprowadzenie przewodów i zamknięcie ich w specjalnych skrzynkach. Pojawił się prąd w gniazdkach
2013 rok zakończyliśmy jeszcze bez kuchni (ta pojawiła się dopiero w 2014 roku) i tylko z jedną działającą łazienką, ale już przy świetle.
Tego roku odbyła się też pierwsza rodzinna Wigilia!


No i pojawił się nowy mieszkaniec młyna – ukochany Berek. Zastąpił naszą nieodżałowaną sznaucerkę Jagę, która towarzyszyła nam podczas całej przebudowy

Koniec 2013 roku. W takim młynie już mieszkamy
2014-2015
Zabraliśmy się do totalnego wykańczania. Na początek poszły łazienki. Jest ich trochę. Razem z sauną, której robotę przełożyliśmy na 2016 r. – osiem! Każdy, kto miał do czynienia z wykańczaniem tego pomieszczenia wie, przed iloma wyborami człowiek staje. Dziś, kiedy kupić można niemal wszystko. Ale udało nam się korzystnie połączyć estetykę z kosztami.
Założyliśmy trawnik, ziołownik,wykańczaliśmy wnętrza, robiliśmy niektóre meble – łóżka, biurka, lampy, porządkowaliśmy teren, sadziliśmy, pieliliśmy…


Tym razem młynarz nie miele, a sieje 🙂 Ten trawnik, to była droga przez mękę. U nas wszędzie glina!

Ziołownik naszego pomysłu okazał się wspaniałym rozwiązaniem. Nie dość, że w jednym miejscu mamy to, co nam potrzebne jest w kuchni, to jeszcze wszystkie prace można robić, nie schylając się! No bo już na wyspie – w tradycyjny sposób uprawiamy truskawki i warzywa w ogrodzonym przed dziką zwierzyną 🙂 ogródku

Na każdym kroku znaleźć można u nas meble zrobione ręką… młynarza. Tu na przykład poręczny stolik i młyńskie prycze, w których wykorzystane zostały stare krokwie

Geodezyjne pomiary powykonawcze. Bez nich nie dostalibyśmy tzw. Pozwolenia na użytkowanie, niezbędnego do tego, żeby oficjalnie zamieszkać i, co najważniejsze, móc przyjmować gości

W 2015 r. zabraliśmy się za odbiory. Pierwszy egzamin – Świadectwo charakterystyki energetycznej budynku – młyn zdał na szóstkę! Młyn jest ciepły, co odczuwamy na własnym ciele i… kieszeni (nie zużywamy przewidywanej ilości drewna opałowego). No i do 2025 roku mamy spokój!
MAJ 2015. Dostajemy pozwolenie na użytkowanie. Młyn Patryki gotowy na przyjmowanie gości.
To oczywiście nie oznacza, ze wszelkie młyńskie prace zostały zakończone. Czeka nas remont mostku, koła (ale na to musimy poszukać jakichś funduszy, sami tego nie udźwigniemy), zrobienie ogrodzenia, sauny, wykończenie w piwnicy pokoju muzycznego z szafą grającą, nieustająca krzątanina w ogrodzie, sadzie, winnicy.
Jednym słowem praca na przyszłe lata…
Fot. Michał Przeździk-Buczkowski